|
|
2005-03-07 18:34:17 >> ...
"Ubyło nam
Ubyło
Choć każdy przewidzieć mógł
Śmiertelna do życia miłość
Zwaliła i Ciebie z nóg
Śmierć się ludziom przytrafia potocznie
Umiemy uśmiechem ją zbyć
Teraz Louis po prostu odpoczniesz
Tylko nam
Będzie trudniej żyć"
J.Kofta
Bardzo mi go brakuje.
Wydawałoby się, że tak niewiele czasu minęło od kiedy się poznaliśmy. Już wówczas, stojąc za barem Elizjum, byłem "Lestatem" samozwańcem. Razem z Mariuszem i Pandorą, wówczas nawet nie zaręczonymi, staraliśmy się wnieść w to miejsce trochę magii Maskarady.
Pewnego dnia razem z kolegą Mariusza przybył nieznajomy. Usiadł przy barze, spojrzał na mnie niezwykle niebieskimi oczami i z pierwszą rozmową stał się częścią mojego życia. Kiedy po powrocie z zaplecza zastałem go przy pianinie, po prostu wyłączyłem muzykę i powiedziałem "No proszę, znaleźliście mi Louisa".
Był wspaniałym człowiekiem. Czasami miałem wrażenie, że patrzy na świat zupełnie inaczej, niż wszyscy- jakby wciąż go poznawał, wciąż miał go nie dosyć. Dał mi tak wiele swoją przyjaźnią, obecnością i słowem, że nie jestem w stanie objąć tego słowami. Żałuję tylko każdej utraconej chwili.
Wiedziałem, że jest chory, chociaż przez dłuższy czas zdawało mi się, że to nic poważnego. Później zaczął się szpital, ciągłe wizyty u lekarzy i niepewność. Kiedy w końcu wyznaczono mu termin operacji, obaj odetchnęliśmy z ulgą- była szansa. I ten jego uśmiech: "Bądź dobrej myśli".
Spędziłem z nim kilka dni po operacji, kiedy był zbyt zmęczony, żeby długo rozmawiać. Jednak towarzyszyła nam dobra myśl. Miałem przynieść mu coś do czytania- książki, jakiś tomik wierszy. Obiecałem to zrobić... Nie zdążyłem.
Następnego dnia nad ranem zadzwoniła moja siostra, aby powiedzieć, że Loui odszedł.
Podejrzewam, że nigdy nie będę w stanie zaakceptować jego śmierci. Zdarza mi się krążyć po mieście ścieżkami, które wspólnie odkrywaliśmy. Potem wracam do domu, biorę kota Behemota na kolana i pozwalam łzom płynąć.
Dziękuję bogu, że pozwolił mi poznać Krzyśka. Zawsze będzie dla mnie wspaniałym przyjacielem i najbardziej magicznym człowiekiem, jakiego dane mi było spotkać.
- Maciek, de Lioncourt
Krzysztof "Louis" Lewandowski
5 września 1982 - 7 marca 2005
"Dziś, pierwszy raz od miesięcy,
obudziłem się pewny i spokojny.(...)
Mój puls zrównał się
wreszcie z pulsem tego miejsca
i ziemia obraca się we mnie, a ja
obracam się w niej. "
J.Kawalec
Boli mnie wszystko. Nawet ręka, którą piszę. A pomimo to jestem szczęśliwszy niż kiedykolwiek, że dane mi w taki sposób odczuwać swoją tutaj Obecność.
Dziękuję za świat- mam przemożną ochotę objąć go i uściskać. To chyba moja najwierniejsza miłość.
Dziękuję też za pamięć- to po części jej zasługa.
Bogowie, tak naprawdę to uwielbiam wszystko i Was wszystkich, którym chciało się tu zajrzeć :-).
Do zobaczenia już niedługo :-).
"A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.
Wejść tam nie można. Ale jest na pewno.
Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,
Jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną
W ogrodzie świata byśmy zobaczyli."
Cz.Miłosz
Kiedy wieczór, ciężki od kurzu i dymu, opada na miasto jak zasłona, powoli zaczynają zakwitać światła. Ich rozkwit jest mniej delikatny, ale zarazem ciekawszy, niż kwiatów. Za każdym razem odkrywają inne oblicze miasta.
Duże, znane budynki oświetlone są łagodną, białą poświatą, starannie wyważoną, aby wyglądały jak najlepiej. Inne są pospolite światła uliczne. Czasami głośno przejedzie tramwaj- światło ruchome, rozbudzające nieznane cienie. Daleko przede mną unoszą się w ciemności iskierki świateł domów, każda opowiadająca jakąś żywą, osobną historię.
A tutaj czerwony neon miga i trzaska, jak w starych filmach.
Muzyka schowana w wewnętrznej kieszeni kurtki unosi się w powietrzu. "Upiór w Operze"... Dla mnie zawsze raczej upiór opery, opętany kompozytor. Może dlatego wydaje mi się tak bliski i zrozumiały.
"Jestem twoim Aniołem Muzyki..."
Mógłbym zostać tu całą noc, gdyby nie było tak zimno. Ulice, zaledwie posrebrzone szronem, wydają się zupełnie inne. Czerwone światło neonu prześlizguje się po nich, szybko i ledwo uchwytnie.
Gdybym potrafił patrzeć tak co dzień, jestem pewien, że nie trafiłbym nigdzie- ani do Akademii, ani nawet na stancję. Schwytałby mnie jakiś przyciągający oko widok, tak niezwykły, że żalem byłoby go opuszczać.
Trzeba więc sposobem- zmrużyć oczy i wsłuchać się w mroczną uwerturę, która właśnie rozbrzmiewa z całą mocą. I nagle pomyśleć, że dobrze byłoby odwiedzić starą katedrę, że trzeba to zrobić.
Po czym ześlizgnąć się z muru i zbiec oszronioną uliczką w głąb miasta, gubiąc oddech i myśli.
"Dzięki tobie wszystko zrozumiem
Będę drzewem, chmurą i skałą
Skoro żyć nie potrafię,
Skoro umrzeć nie umiem
Pragnę, żeby nic się nie stało"
J.Kofta
Postanowiłem poszukać siebie- instynktownie, jak zwykle- gdzieś w mieście, wśród skamieniałych mrozem uliczek. Myślałem, że podążyłem jakimś szlakiem utartym na pamięć, ale nic z tego. I przyszło mi krążyć uliczkami tak wąskimi, że gdy rozkładałem ręce, mogłem dotknąć ścian po obu stronach.
Wśród tych zakurzonych murów nawet domy budzą pewien osobliwy niepokój. Tracę zmysł, jak daleko mogę pójść, żeby nie przekroczyć pewnej granicy prywatnego życia- muzyki, głosów zaściennych, drżenia szyb w oknach. Czasami samo stąpanie po bruku wydaje się godną potępienia niedyskrecją.
Gdzie jesteś, Louisie?
Kiedy spojrzeć w górę, gdzie niszczejąca fasada stara się zachowywać pozory godności, przez wąską szparę pomiędzy dwoma dachami wygląda niebo. Nie-całkiem-niebieskie. Może i ono skrystalizowało w zimnym powietrzu, aby roztrzaskiwać ptaki jak szklana szyba.
Jest jakiś sposób w tym błąkaniu, w próbie patrzenia przez zmrużone oczy. Staram się obudzić w sobie wzrok, przekonać samego siebie, że nie oślepłem doszczętnie. Diabli. Tak bardzo nie potrafię się wytłumaczyć, że każda próba z góry skazana jest na niepowodzenie.
Nawet nie wiem, w jaki sposób znalazłem się na drugim brzegu rzeki, zupełnie, jakbym przeszedł przez jakiś niezauważony most... Tutaj wypadałoby coś pozbierać, rozstrzygnąć. Chociaż udać, że kawałek siebie się znalazło.
A potem wrócić do domu, pobitym i skołatanym, budząc zaniepokojenie nawet w Behemocie.
"Już stoisz w drzwiach...
Jak dziwny ptak.
Więc jednak musisz pójść,
Posyłasz mi przez próg
Ulotny uśmiech twój,
Madame?"
E.Stachura
Przedwczesnymi, wiosennymi porządkami w domu Lestata odkryliśmy zapomniane wino w szafce. Z korkiem zupełnie nietkniętym. Zapewne przygotował je na jakąś okazję- sam nie pamiętał, jaką- która nie nadeszła.
Najdziwniejsze, że Lestat nawet z czerwonym winem w żyłach zdolny jest do rozwiązywania dziesiątek problemów z fizyki. Dla mnie była to zawsze magia czarniejsza od pisania poezji. Wzory i wykresy równie dobrze mogłyby być mapami jakiegoś nieznanego świata- nie potrafię zmusić się do zrozumienia. "Daj sobie spokój", śmieje się ze mnie Lestat. "Ciebie już nikt tego nie nauczy, nawet ja".
Firanki powiewają na oścież otwartym oknie. Pokój powoli wypełnia się zimnym powietrzem, z miękką, szaroniebieską nutką zapachu śniegu. Zimno fałszuje dźwięki skrzypiec- trzeba je stroić ponownie i przeczekać.
Co lubię grać? Czasami śmieję się, że to nie ma znaczenia. Moje pianino domowe przecierpiało już niemal wszystkie utwory, które wcześniej czy
później kołatały mi się po głowie. Włącznie z Annie Lennox, najlepszą na złagodzenie smutku.
Często gości u mnie ostatnio Annie Lennox. "Love song for a Vampire".
Pamiętam, jak śpiewaliśmy to na dwa głosy z Lestatem, w Elizjum jeszcze, niejako na jego odejście, elegijnie. Wspomnienie żywe jak rzeczywistość.
Merrique odeszła, kto wie, czy na zawsze. Właściwie rozumiem ją- gdybym miał wybór, sam bym opuścił siebie na kilka najbliższych miesięcy. Pewne myśli trudno oswoić, wiem. Ale z drugiej strony, co mi pozostało.
Lestat obejmuje mnie ramieniem, kiedy nie potrafię powstrzymać łez. Trudno, cholera. Palce bieleją, kurczowo przyciśnięte do strun. "Zagrasz to jeszcze raz?", pyta cicho. Kiedy powracam do melodii, pięknej, choć okaleczonej przez niezręczną rękę, przysłuchuje się z przechyloną głową.
"Nie brookliński most, ale przemienić w jasny, nowy dzień najsmutniejszą noc- to jest dopiero coś...
"Dajcie mi szerokie pole, trudno wciąż iść miedzą.
Może to mój wiersz ostatni, a diabli go wiedzą."
L.Staff
Nie była to rozmowa przykra, boleśnie rozdzielająca. Raczej akceptacja pewnych faktów, z którymi trudniej było oswoić się Merrique niż mnie. W przeciwieństwie do niej, mnie bóg nie zostawił dużego wyboru- operacja udana albo nie, bez niej może kilka lat. A przed nią wiele czasu, niekoniecznie ze mną.
"Wrócę, gdy zrozumiesz, już po kilku latach", można by zanucić słowa Adama Ziemianina, niezwykle mądrego poety Bieszczadnika... Spotkamy się tam, gdzie trafiają wszyscy dobrzy ludzie, Merrique. Zdarzyło się mi, nam. Szkoda tylko, że nie wiedzieliśmy wcześniej.
Mówiono, że nie wiem nic o śmierci. Być może, chociaż jej cień towarzyszy mi od niedawna z przykrą, procentową pewnością. Trudno mi się przyzwyczaić do tego ponurego widma. Odsuwam je od siebie. Podobno spochmurniałem ostatnio, i coraz ciężej mi na sercu.
Może nie powinienem mówić tego głośno, ale- jestem chory.
Za dwa tygodnie mam operację, w samym zresztą środku sesji, ale ostatnimi czasy to nie fortepian zaprząta mi głowę. W ogóle nie wiem, czy coś tam jest. Głęboka, szumiąca pustka. Zielona przestrzeń. Czasami warto się w niej zanurzyć i uspokoić.
Chcę pisać, dopóki nie znajdę się w szpitalu. Spodziewam się, że nachodzi mnie najbardziej twórczy czas w mojej marnej karierze reportersko-szarlatańskiej. Pojawiły się nawet jakieś szalone zamysły prozatorskie, kilku-nastu stronicowe. O zgrozo. Nie pisałem dłuższych tekstów literackich od czasów szkoły średniej.
Przepraszam za siebie, wszystkich. Czuję się tym wszystkim przytłoczony i nawet nie chce mi się kląć. No, chyba, że zadzwoni ojciec, aby uświadomić mi, jak zmarnowałem sobie życie- wtedy postaram się wykrzesać ze swojego zasobu słów francuskich kilka paskudnych klątw.
Jestem zmęczony. Bardzo.
"dotykałem powietrza
i czułem jak drgają ci
wargi w uśmiechu
światłem neonu ulicznego
który za chwilę zgaśnie
i jak wypełnia się twoje ciało
po czubki palców
czułością"
J.Baran
Kiedy każda drobina światła osadza się na gęsto padających płatkach śniegu, noc w mieście nabiera niepokojącego charakteru.
Wydaje się, że ta śniegowa kurtyna jest w stanie ukryć wszystko, wyciszyć każdy odgłos. Stąd odnajdujemy w sobie więcej pewności, niż zazwyczaj. Nie wiem, czyj to był pomysł- mój czy Lestata- ale podjęliśmy decyzję.
Cicho chrzęści śnieg, z wierzchu stwardniały od mrozu. Świeże płatki już zasypują nasze ślady. Może to i lepiej- nikt nie zauważy. Lestat pierwszy zbliża się do budynku, wyszukuje w podniszczonej powierzchni muru oparcie dla rąk i stóp. Zimno. Kiedy podążam za nim, materiał rękawiczek niemal przylega do żelaznej kraty na oknie- najlepszej drogi wspinaczki.
Wkrótce spoglądam na miasto z niecodziennej perspektywy. Z góry widać więcej- nawet, jak pasma kolorowych, ulicznych świateł barwią padający śnieg. Cisza. Jest zbyt późno na ludzi.
"Wariat z ciebie", mówi Lestat, opierając się o mur. "Mogliśmy się zabić, jest strasznie ślisko...", "Cóż, byłem pewien, że ty to wymyśliłeś", odpowiadam. Lestat uśmiecha się, wydobywa paczkę papierosów z kieszeni kurtki. Kiedyś w takich momentach zapalał dwa, później podając mi jednego, albo paliliśmy na zmianę, a papieros wędrował z rąk do rąk. Nigdy nie miałem przy sobie zapalniczki. Zawsze musiałem ją zgubić, albo zabierał mi ją ktoś, z kim wcześniej rozmawiałem. Zdarza się.
Dzisiaj w kieszeniach czai się tylko przyjemny ciężar harmonijki. Trudno na niej grać. Zimno wyraźnie lgnie do żelaza, osadza się na nim drobnymi igiełkami. Omamia zmysły, które mylą dotkliwy mróz z gorącem. "A smak północy był na tamtej ręce, której dotknąłem jak żelaza w mróz", szepczę cicho.
Twarz Lestata jest nieodgadniona.
"Nigdy nie spodziewałem się, że to powiem", mówi w końcu, "ale może nie powinieneś czekać?". "Wszystko skończy się tak, że zostaniemy sami", odpowiadam.
Lestat zaciąga się, mrużąc oczy. Śnieg topnieje w jego włosach, na kołnierzu płaszcza. W światłach delikatne krople iskrzą jak gwiazdy.
"A jeżeli ci powiem, że nie mam nic przeciwko temu?".
design by
Yennefer
for
s z a b l o n 4 y o u
|
|
księga
2005 marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
blog.pl
|